You are currently viewing Liturgia autodestrukcji. O kapłanie, który przestał czuć.

Liturgia autodestrukcji. O kapłanie, który przestał czuć.

Siedzisz w konfesjonale, a pod Twoimi palcami drży sutanna, która śmierdzi kurzem i cudzym lękiem.

Kolejny człowiek wyrzyguje Ci swoje życie, a Ty jedyne, co czujesz, to morderczą ochotę, żeby uciec. Żeby krzyknąć: „Zamknij się, ja już nie mam gdzie cię pomieścić!”. 

Wracasz na plebanię, gdzie cisza tnie jak żyletka. Twoje ciało nie jest już świątynią – jest przeładowanym cmentarzyskiem cudzych traum, których nie masz jak strawić. 

I wtedy zaczyna się Twój prywatny rytuał przetrwania, o którym nie powiesz na żadnej spowiedzi, bo sam się go boisz jak ognia.

Zamykasz drzwi na klucz. 

To jedyny moment, kiedy nie musisz być „ikoną”. 

Wyciągasz telefon. Ten mały, świecący prostokąt to Twój pierwszy narkotyk. 

Scrollujesz. Godzina, dwie, trzy. 

Mózg zalany niebieskim światłem i obrazami, które nic nie znaczą, próbuje zagłuszyć ten huczący w uszach ryk ludzkiego bólu, który zebrałeś w ciągu dnia. 

To patologiczna próba ratowania zmysłów, która tylko pogłębia Twój obłęd. 

A kiedy scrollowanie przestaje działać, idziesz dalej. 

Szukasz bliskości, niekoniecznie seksualnej, która podświadomie czujesz, że  jest gwałtem na Twoim sumieniu. 

Grzechy przeciwko czystości to w Twoim przypadku nie jest pożądanie – to rozpaczliwa, biologiczna próba wyrzutu jakiejwiek dopaminy, żeby przez sekundę nie czuć tego mrowienia na karku, które mówi, że zaraz oszalejesz. 

Szukasz cudzego ciała, bo we własnym czujesz się jak w celi z trupami.

A jeśli nie to, to jest szklanka. 

Alkohol, który płynie przez gardło, to nie jest drink po pracy. To jest chemiczny wyłącznik bezpieczeństwa. 

Pijesz, żeby ten świat za oknem w końcu zgasł, żeby te setki ludzkich głosów przestały Cię drążyć od środka.

Twój organizm nie walczy o zbawienie – on walczy o odcięcie zasilania, bo Twoja kora przedczołowa stopiła się pod ciężarem chronicznego stresu. 

Jesteś jak rzemieślnik, który przez dekadę pracował bez okularów ochronnych i teraz oślepł od iskier.

Twoja agresja, Twoje uzależnienia i Twoja ucieczka w pornografię czy alkohol to nie są upadki „duchowe”. To są ostatnie, paniczne krzyki Twojego układu nerwowego, który został zmielony przez system, który nie przewidział, że jesteś tylko człowiekiem z krwi i kości.

Zatrzymaj się na moment. 

Zanim znowu pójdziesz się oskarżać, spróbuj poczuć ten ciężar, który nosisz w tkankach. Twoja samoregulacja leży, bo nikt Cię nie nauczył, jak być dla siebie rzemieślnikiem. 

Modlitwa nie naprawi zniszczonych synaps, jeśli nie dasz im odpocząć. 

Potrzebujesz ciszy, która nie jest modlitwą, ale biologicznym postem. 

Potrzebujesz ciemności, która nie jest mrokiem grzechu, ale izolacją od świata, który Cię pożera. Potrzebujesz poczuć opór własnych mięśni, twardy wysiłek, zimną wodę na karku – cokolwiek, co wyrzuci z Ciebie ten cudzy syf, zanim on na stałe zniszczy operatora. 

Twoje pęknięcie to nie jest koniec Twojej drogi. To jest moment, w którym masz szansę przestać być „funkcją”, a zacząć być żywym człowiekiem.

Jeśli Twoja szklanka, ekran telefonu albo chowanie się przed światem to jedyne miejsca, gdzie czujesz ulgę – nie idź z tym sam do tabernakulum, bo tam teraz słyszysz tylko własny wstyd. 

Naisz do mnie. 

Usiądziemy jak facet z facetem, jak rzemieślnik z rzemieślnikiem, i zajrzymy w te pęknięcia, których nie widać pod ornatem. 

Bez oceniania, bez moralizowania, bez sutanny. 

Spróbujemy poskładać ten system, zanim spłonie do końca. 

Czekam na Twój sygnał.

Tekst i inne teksty dla Kapłanów są dostępne na https://kadesz79.blogspot.com/

Zapraszam

Łukasz

„NieRadzeSobie.com.pl to osobisty blog Łukasza o codziennych zmaganiach, refleksjach nad życiem i odnajdywaniu sensu w trudnych chwilach, który inspiruje do samoświadomości i pracy nad sobą. Znajdziesz tu głębokie, autentyczne wpisy o przebudzeniu, radzeniu sobie z wypaleniem oraz poszukiwaniu wewnętrznej równowagi w świecie pełnym oczekiwań.”

Dodaj komentarz