Siedziałem ostatnio na strzelnicy.
W dłoniach trzymałem chłodny, ciężki metal.
Zapach prochu, huk wystrzałów, pełne skupienie.
W rękach miałem narzędzie, którym w jednej sekundzie mogę odebrać życie, zrobić krzywdę albo się obronić.
To daje bardzo dużo do myślenia.
Pokazuje, jak ogromny ciężar odpowiedzialności spoczywa w moich rękach i w mojej głowie. Jeden ruch palcem zmienia wszystko.
Na zawsze.
I nagle, w tym hałasie, przypomniały mi się ciche korytarze hospicjum.
Wiele lat temu, kiedy zaczynałem tam pracę, Ksiądz Kapelan powiedział mi jedno zdanie, które wtedy wydawało mi się proste, wręcz banalne.
Powiedział: „Uważaj na słowa. Bo słowa mogą budować, ale niektóre mogą niszczyć.”
Dziś, trzymając tę broń na strzelnicy, zrozumiałem, co naprawdę miał na myśli.
Zrozumiałem, że aby kogoś zniszczyć, żeby go w przenośni „zabić”, wcale nie potrzebuję metalu, ostrej amunicji czy precyzyjnego celownika.
Wystarczy słowo.
Historia jednego małżeństwa
Zaczęło się cicho, prawie niezauważalnie.
Tak jak każdy dobry trening na strzelnicy zaczyna się od zapoznania z bronią.
Marek i Ania na początku używali słów jak zabawek.
To były żarty.
Niewinne przytyki, drobne złośliwości, które kwitowali uśmiechem. Mieli wrażenie, że to ich zbliża, że mają własny, intymny kod, że ich miłość jest na tyle silna, by wytrzymać drobne trafienia.
Używali słów małego kalibru. Bez ostrej amunicji.
Z czasem jednak, kiedy codzienne zmęczenie, orka pod górę i brak zasobów zaczęły dawać o sobie znać, żarty zaczęły zmieniać wagę.
Stały się bardziej precyzyjne. Celowały już nie w śmieszną sytuację, ale w konkretne pęknięcia w pancerzu partnera.
„Znowu o tym zapomniałeś? Typowe, na ciebie nigdy nie można liczyć.” „No tak, bo ty zawsze wszystko wiesz najlepiej.”
Śmiech pod tymi zdaniami stał się wymuszony. Pomiędzy słowami coraz rzadziej płynęła miłość, a coraz częściej chłodny, metaliczny oddech rywalizacji.
Prawdziwa zmiana nastąpiła, gdy w ich życiu pojawił się kryzys.
Wtedy, zamiast ramię w ramię stawić mu czoła, sięgnęli po broń, którą sami przez lata doskonalili. Żarty zniknęły, a ich miejsce zajęło cyniczne, zimne oręż.
Celowali już tylko po to, żeby zranić, żeby zburzyć, żeby wygrać kolejny spór kosztem bliskiej osoby.
Wiedzieli o sobie wszystko. Znali każdy słaby punkt, każdy lęk, każdą głęboką ranę z przeszłości. I bezlitośnie to wykorzystywali.
Słowa, które kiedyś miały być wyrażaniem miłości i budowaniem wspólnej bazy, stały się narzędziem masowego zniszczenia.
Nie potrzebowali metalu. Każdy ich oddech był jak przeładowanie broni.
Ostatecznie zostali w jednym domu, ale na dwóch osobnych polach bitwy.
Wygrali wiele kłótni, ale przegrali siebie.
Nie da się cofnąć raz wystrzelonej kuli. I nie da się cofnąć słowa, które w przenośni „zabiło” zaufanie i bliskość.
Twoje usta są jak lufa
Tak samo jak broń służy do obrony życia, tak Twoje słowa mogą też dawać życie.
Mogą być jak plaster na krwawiącą ranę.
Mogą być jak twarde uziemienie, które nie pozwala upaść.
Mogą przywracać wiarę w drugiego człowieka i w to, że podjazd, choć stromy, jest do przejechania.
Twój dom to ma być bezpieczna baza, a nie kolejny poligon.
Zanim jutro rano otworzysz usta, pamiętaj o jednym: Twoje usta są jak lufa.
Każde zdanie, które z nich wypuszczasz, ma swój kaliber. Może trafić w punkt i kogoś uleczyć, albo trafić w pęknięcie i kogoś zmasakrować.
A najgorsze jest to, że tak jak nie da się cofnąć wystrzelonej kuli, tak nie da się cofnąć raz wypowiedzianego słowa.
Każdy z nas nosi taką broń w swojej głowie. Pytanie, które zostawiam Tobie:
Z czego dzisiaj wystrzeliłeś w rozmowie z drugą osobą?
Wybór, tak jak pociągnięcie za spust, należy tylko do Ciebie. Bez ściemy.
